Rząd porzucił plan rozwoju własnej aplikacji do śledzenia zarażeń - skorzysta z rozwiązań Apple i Google

Na początku maja Matt Hancock przekonywał, że rządowa aplikacja do śledzenia zarażeń będzie bezpieczna i pozwoli skutecznie zwalczyć koronawirusa w UK. Zaledwie dobę po jej prezentacji okazało się, że ma ona luki, które mogą ujawnić personalia osoby zarażonej - choć miały być chronione. Mimo to ruszyły testy na Isle of Wight. Najnowsze stanowisko rządu wskazuje, że porzucono plan rozwoju własnej aplikacji i zadecydowano o skorzystaniu z rozwiązań teleinformatycznych gigantów, którzy przemycili już po cichu fragmenty oprogramowania użytkownikom swoich systemów.

Testy aplikacji do śledzenia zarażeń, eliminacji rozprzestrzeniania się koronawirua rozpoczęły się na początku maja. Pisaliśmy o tym w art. pt.: "COVID-19 w UK: Ruszają testy aplikacji do monitorowania! Mieszkańcy będą zdalnie obserwowani!". Do testów poprawności działania aplikacji wybrano Isle of Wight. Do jej testów zaproszono w pierwszej kolejności pracowników służby zdrowia, a niedługo potem mieszkańców wyspy.

Jak tylko poinformowano, że rząd pracuje nad projektem aplikacji, pojawiły się głosy, że nie będzie ona bezpieczna. Minister Hancock zapewniał, że zaprogramowano ją tak, że nie dojdzie do sytuacji ujawnienia personaliów osób zarażonych i tych, którzy mieli z nimi kontakt: "COVID-19 w UK: "Aplikacja do śledzenia zarażeń będzie bezpieczna" - zapewnia Matt Hancock".

Zapewnienia te okazały się nie mieć potwierdzenia w praktyce. "System nie przeszedł wszystkich testów niezbędnych do włączenia go do biblioteki aplikacji NHS, w tym bezpieczeństwa cybernetycznego, bezpieczeństwa klinicznego i wydajności" - poinformował Health Service Journal dzień po konferencji ministra. Po półtorej miesiąca okazuje się, że plany dalszego rozwoju rządowej aplikacji zostają porzucone.

Czy to oznacza, że rząd nie zamierza się już wspierać aplikacją w walce z koronawirusem? Otóż nie. Dalsze śledzenie zarażonych odbywać będzie się dzięki technologi firm mających spore doświadczenie na rynku teleinformatycznym. Mowa o Apple i Google, które już zdążyły tak skonfuigurować telefony użytkowników swoich systemów - poprzez "ciche wprowadzenie" ustawień dotyczących koronawirusa, że stało się to prawie niezauważalne. Pisaliśmy o tym w art. pt.: "Appka Covid-19 "zainstalowała się sama" w telefonach z Androidem - sprawdź czy masz ją i ty! ".

Co zatem się zmieni? Otóż rząd nie będzie już zachęcał do ściągnięcia własnej aplikacji. Możliwe nawet, że zarekomenduje jej deinstalację i przygotowanie się do zainstalowania innej, przygotowanej przez Apple i Google. Choć nie mówi się o tym wprost, to wszystko wygląda na to, że rządowi informatycy, pracujący w NHSX okazali się mieć zdolniejszą konkurencję, zdolniejszych programistów których zatrudniono przy pracy nad systemami instalowanymi w smartfonach gigantów.

Nie zarekomendowano jeszcze deinstalacji aplikacji ani też jej zmiany na jakąkolwiek inną. By kontynuować działania z wykorzystaniem dostępnych technologii powinno się to stać już na dniach. Rząd póki co zabrnął w ślepy zaułek informatyczny. To akurat żadna nowość, bo błędy i niedociągnięcia zdarzają się również na innych płaszczyznach. Przykładem jest chociażby aplikowanie o Universal Credit, gdzie wirtualne wnioski są przygotowane niezwykle topornie - choć planowano, by były łatwe w obsłudze.

Osoby wnioskujące o Universal Credit napotykają na swojej drodze problemy z edycją raz wprowadzonych danych. Jednym z problemów jest brak możliwości dodania kwoty Self-Employment Income Support Scheme  (SEISS) do kwoty dochodów - o czym pracownicy HMRC przypominają dopiero po wypełnieniu aplikacji. Osoby, które tego nie zrobiły od razu nie mogą tego zrobić później, przez co aplikacja jest niekompletna. 

Dodatkowo, wniosek online o Universal Credit przewiduje możliwość podania tylko jednego numeru telefonu kontaktowego. Rubryka ta jest opisana jako "mobile number". O możliwości posiadania alternatywnej linii stacjonarnej, która wprawdzie jest w obecnych czasach rzadkością, ale wciąż wiele osób jej używa, zapomniano. Alternatywny numer potrzebny jest tym osobom, które mają problemy z połączeniem.

Zdarza się bowiem, że urzędnicy dzwoniący do wnioskujących z numerów zaczynających się od 0800 są rozłączani przez aplikacje antyspamowe zainstalowane na smartfonach i to nawet wtedy kiedy dany numer nie jest rozpoznany jako spam. Urzędnicy dzwoniąc przedstawiają się i weryfikują swoją osobę podając część loginu i hasła użytkownika, które ustanowione zostało podczas rejestracji w serwisie Universal Credit.

I tu kolejne niedociągnięcie. W obawie o możliwość wystąpienia wyłudzeń i oszustw HMRC wielokrotnie zapewniało, że urzędnicy nie dzwonią do płatników podatku lub osób wnioskujących o zasiłki. Tym razem jednak w imieniu HMRC dzwonią pracownicy lokalnych urzędów pracy.  I choć powinni za każdym razem zweryfikować swoją osobę w określony sposób, to zdarza się, że zapominają o takiej weryfikacji.

Jeżeli więc programiści lub inni pracownicy obsługujący zaplecze aplikacji wspierających działania rządu przykładają się do swojej pracy tak jak przy okazji wniosków o Universal Credit, to domyślać się można, że i w innym niż podatki ministerstwie zdarzają się mniejsze lub większe wpadki. W przypadku ministerstwa zdrowia może to być kwestia życia i śmierci. Oczywiście jeśli ktoś faktycznie złapał wirusa z Wuhan.




Komentarze