Pracując dla Gypsy. Prawdziwa historia Polaka na wyspach - cz.3

Irlandzcy Gypsy prowadzący firmy budowlane często zatrudniają bezdomnych, alkoholików i tym podobnych ludzi, którzy potrzebują pieniędzy i nie mają się gdzie podziać. W przypadku nowego pracownika, którego stary Michael przywiózł w bagażniku swojego samo-chodu, też tak było.

Nowo przybyły okazał się bezdomnym Anglikiem o imieniu Leigh. Miał poważny problem alkoholowy. Był cały brudny i śmierdzący. Długość jego polepionego zarostu świadczyła o czasie, przez jaki ten człowiek nie miał styczności z umywalką czy lustrem. Leigh został przedstawiony każdemu członkowi rodz-iny, gdzie po chwili stary Michael wziął go na stronę i dokładnie wytłumaczył mu zasady pobytu na ich posesji. Pomyślałem sobie, że jak dalej tak pójdzie to tu za niedługo będzie przytułek dla dziadków alkoholików, a po środku nich dwóch Polaków niewiedzący dokładnie, w co się wpakowali.
 
Ta noc była bardzo niespokojna. Na początku z przyczepy Padiego i Leigh dobiegały odgłosy kłótni. Padie chyba chciał pokazać nowemu swoje niezadowolenie z faktu, że musi dzielić małą przyczepę z kimś obcym. Kilka godzin później ponownie było słychać wrzaski i walenie pięściami po meblach. Okazało się, że młody Michael i jego młodszy brat Jerry postanowili zadbać o wygląd zewnętrzny nowego pracownika. Była godzina 2 nad ranem. Krzyki nie ustawały, a do tego jeszcze było słychać odgłos maszynki do strzyżenia. Bracia po zakończeniu całej akcji wyszli z przyczepy alkoholików, śmiejąc się bezczelnie. Sprawdzili jeszcze czy przypadkiem nie podglądamy całej sytuacji i wrócili do domu. Rano obudziło mnie pukanie do drzwi. Jakiś młody chłopak pytał czy mamy papierki do skręcania tytoniu. Zapytałem go, kim ty jesteś i jak udał ci się wejść na teren tej posesji? On krótko skwitował, że przecież wczoraj przywieźli go w bagażniku. Oniemiałem – dałbym sobie rękę uciąć, że człowiek z bagażnika to jakiś starszy mężczyzna w wieku 60-65 lat. Od razu zrozumiałem, czemu w nocy było tyle krzyku i czemu to tyle trwało. Ogolić tak długie włosy i zarost jednak zajmuje sporo czasu.
 
Pojechaliśmy na nowe zlecenie. To był pierwszy dzień w pracy dla nowego pracownika. Pamiętam jak dziś jak nie mogliśmy z kolegą powstrzymać śmiechu na widok Leigh’a i jego sposobu pracy czy choćby jego techniki obsługi łopaty. Facet nie miał pojęcia o jakiejkolwiek pracy fizycznej, ale stary Michael był zadowolony, że w końcu ma kogoś na posyłki, który zrobi wszystko, co mu się karze. Niestety, ale los mnie pokarał za to wyśmiewanie się z Leigh’a.

W połowie dnia duży głaz spadł mi z ciężarówki na dłoń. Miałem złamanego palca. Szybko spuchł i bolał przy każdej próbie poruszania nim. Powiedziałem szefowi o moim problemie, a ten powiedział, że to tylko jeden palec i że mogę wracać do pracy. Co, jak co ale sprawne dłonie są niezbędne do układania kostki brukowej i obsługi niebezpiecznego sprzętu jak piły czy młoty pneumatyczne. Wręcz zażądałem, by zabrano mnie do szpitala. Stary Michael podszedł do mnie i powiedział: „zapomnij o jakimkolwiek szpitalu, nic ci się takiego poważnego nie stało. Po pracy moja żona Cię opatrzy i usztywni ci palca. Jeżeli po pracy pójdziesz sam  do  szpitala  to  popełnisz duży błąd. Nie radzę ci”. Po chwili zagarnął mnie Padie  mówiąc „Nie sprzeciwiaj mu się, bo nie warto. Widzę, że nie rozumiesz, o co chodzi. Jeżeli zgłosisz się do szpitala, to personel zacznie Ciebie wypytywać gdzie to się stało, dla kogo pracujesz i gdzie mieszkasz? Oni nie chcą żadnego zainteresowania ich rodziną i tym, co robią – odpuść sobie”. Sam sobie usztywniłem palca i dokończyłem pracę. Nie poszedłem do szpitala, bo czułem, że narobiłbym sobie przez  to dużych problemów, tylko nie wiedziałem jakich?

Nie potrafiłem ich rozgryźć. Wiedziałem, że to są źli ludzie, ale przez to ich „czajenie się” ze  wszystkim przed nami mogę się tylko domyślać. Biorąc pod uwagę w bagażnikach, rutynowe po-bicia Padiego, ukrywanie przez szefostwo przed klientami prawdziwych danych osobowych i całokształt tej świetnej rodzinki byłem skołowany.
 
Na drugi dzień, nie pojechaliśmy do pracy. Klientka, u której dzień wcześniej rozwaliliśmy cały betonowy podjazd, by go wybrukować zrezygnowała z usług naszej firmy. Stary Michael wraz z synami chodzili podenerwowani, chyba przez to, że tym razem to oni zostali oszukani. Po chwili kazali nam wejść do ciężarówki po brzegi załadowanej gruzem i powiedzieli, że pojedziemy na małe zlecenie. Po godzinie drogi dojechaliśmy na miejsce. Okazało się, że przyjechaliśmy ponownie do tej klientki, która zrezygnowała. Bracia zapukali do jej drzwi i z tego, co udało mi się usłyszeć namawiali ją, by pozwoliła im kontynuować pracę. Kobieta odmówiła i z huki-em zamknęła drzwi. Stary Michael widząc całą akcję wycofał ciężarówkę i wjechał tyłem na jej posesję. Następnie włączył podnośnik paki i wysypał cały gruz na jej piękny trawnik. Po opróżnieniu ładunku wróciliśmy do domu. Wraz z kolegą nie mogliśmy uwierzyć do końca dnia w to, co widzieliśmy i baliśmy się, co przyniesie kolejny dzień.
 
Okazało się, że następnego dnia znowu nie jedziemy do pracy. Powód? Brak zleceń. Rozrywkowi bracia postanowili tym razem zadbać o wygląd zewnętrzny Padiego. W biały dzień, na siłę wyciągnęli go z przyczepy okładając go przy okazji pięściami. Wywlekli Padiego na środek placu i zaczęli go rozbierać. Wtedy już nie wytrzymałem. Podszedłem do nich mówiąc „ej, tak nie wolno, co wy robicie? Co on wam zrobił takiego, że zasłużył na takie traktowanie?”. Usłyszałem szokującą odpowiedź. „Ten dziad nie kąpał się już dokładnie 2 lata i 7 miesięcy. On strasznie śmierdzi i psuje nasz wizerunek przy klientach. W tej koszulce chodzi ponad rok i odkąd ją założył to nie zdarzyło się, aby ją choć na chwile ściągnął. Kupiliśmy mu nowe ciuchy, ale najpierw go wykąpiemy”. Faktycznie, rozebrali Padiego do naga i włączyli szlauh z zimną wodą. Woda miała bardzo duże ciśnienie, widać było jak Padie zwijał się na asfalcie z bólu. Młody Michael jeszcze sypał na niego pisakiem twierdząc, że to najlepszy sposób na peeling. Bracia mieli ubaw po pachy i nie zapowiadało się, by mieli zamiar przestać. Nie mogłem na to patrzeć i wyszedłem do sklepu.

Wracając po godzinie czasu doznałem kolejnego szoku. Bracia nadal kontynuowali tortury na tym bezbronnym człowieku. Trząsł się cały z zimna nie potrafiąc już wypowiedzieć ani jednego słowa. Wyłączyli jednak w końcu wodę i dali mu reklamówkę z nowym ubraniem. Kilka chwil później usłyszeliśmy jak z Padiego przyczepy dochodziły jedynie przekleństwa. Poszedłem do niego zobaczyć cóż znowu się stało. Padie siedział na krześle ubrany w rażąco różową polówkę i obcisłe jeansy krzycząc przy tym w kierunku domu Gypsy „jak jeszcze chcecie mnie poniżyć? Trzeba było mi kupić jeszcze różowe spodnie i skarpetki! Oddajcie moje ubrania!”.

Chłop był tak ubrany, że wyglądał jak by od dziecka marzyły o tym, żeby zostać gejem. Na odpowiedź ze strony Cyganów nie musiał czekać zbyt długo. Bracia przyszli do niego z nożyczkami i golarką w ręce. Po 10 minutach Padie miał fryzurę jak kryminalista, zupełnie nie przystała na mężczyznę w wieku 40 lat. To był kolejny złośliwy żart dwóch braciszków, którzy przejawiali sadystyczne zachowanie czerpiąc z tego samą przyjemność.
 
Po paru dniach Jerry znalazł klienta z Bristolu. Miało to być bardzo duże zlecenie, wymagające przynajmniej 14 dni ciężkiej pracy. Cała rodzina była wniebowzięta,
 
Ponieważ duże zlecenie oznaczało duże pieniądze. Po dotarciu na miejsce zostaliśmy bardzo miło przyjęci przez właściciela domu. Dużo jedzenia, darmowe piwo i porządny prysznic w domku letniskowym. Super praca. W pierwszym dniu okazało się, że aby wybrukować cały teren wokół domu będziemy musieli najpierw wywieźć tony gruzu. Było tego bardzo dużo, lecz stary Michael niczym się nie martwił. Wyjeżdżając do domu wypchaną gruzem ciężarówką nagle skręciliśmy gdzieś w leśną drogę. To było gdzieś pomiędzy Bristolem, a Bath. Pomyślałem sobie, albo jadą nas zabić, albo pozbyć się gruzu.

Kolega ironicznie sobie zażartował, że najpierw nas zabiją, a potem przysypią tym gruzem. Leśne dróżki były coraz bardziej zawiłe i krępe. Już sam nie wiedziałem, w jakim kierunku jedziemy. Bałem się i to bardzo. Gypsy siedzieli bez słowa i patrzyli się w szybę. Zauważyliśmy, że na końcu drogi jest jakiś prześwit, koniec lasu czy polana. Dojeżdżając do końca drogi moim oczom ukazał się niebywały widok. To było największe obozowisko Cyganów, jakie kiedykolwiek widziałem. W środku lasu, cala obszerna po-lana, kilkadziesiąt przyczep, cara-vanów, namiotów i białych vanów. Płonęły ogniska, wszędzie było dużo ludzi. Harmider. Cygański klimat unosił się w powietrzu. Stanęliśmy vanem na skraju lasu. Stary Michael zwrócił się do mnie i kolegi: „Zaraz tam wjedziemy. Uważajcie na siebie, Najlepiej nie wychodźcie z ciężarówki”.
 
Kolejna cześć już w następnym wydaniu gazety The Polish Telegraph

Zobacz poprzednie czéci tej opowieci:

Pracując dla Gypsy. Prawdziwa historia Polaka na wyspach - cz.1

Pracując dla Gypsy. Prawdziwa historia Polaka na wyspach - cz.2




Komentarze