Pracując dla Gypsy. Prawdziwa historia Polaka na wyspach - cz.4

Jadąc w stronę cygańskiego obozowiska byliśmy wraz z kolegą w szoku. Nigdy wcześniej nie zdarzyło nam się przebywać w takim miejscu. Chmara dzieciaków otoczyło naszego vana i witało z radością Michaela, Jerrego oraz młodego Michaela. My nie chcieliśmy wysiąść z samochodu. Powiedzieliśmy, że poczekamy w środku.

Stary Michale wzruszył ramionami poszedł się przywitać z rodziną mówiąc przy tym, że to może trochę potrwać. Minęło około dwóch godzin i nikt po nas nie przyszedł. Tylko dzieciaki nie dawały nam spokoju zasypując nas pytaniami i przyglądając nam się uważnie. Nie wytrzymałem i musiałem wyjść, chociażby po to by skorzystać z toalety. Kolega został w samochodzie.

Spytałem jakiegoś starszego człowieka o drogę do toalety, a ten wskazał mi jedną z przyczep kampingowych. Odczuwałem jakiś dziwny lęk przed wejściem do wnętrza tego kampingu. Nie było odwrotu - musiałem to zrobić.

Po otwarciu drzwi usłyszałem „przywieźli kolejnego, tylko jakiś młody”. Myślę sobie: „Polacy, super, to znaczy że nie jest tak źle”. Po chwili wywiązała się rozmowa z mieszkańcami przyczepy. Byli to Polacy w wieku 40 – 60 lat. Bardzo zaniedbani i śmierdzący alkoholem. Jeden z nich, Edward pytał jak tu trafiłem?

Odpowiedziałem, że my tylko na chwile zrzucić gdzieś gruz i lecimy do Gloucester, do domu. Wszyscy zaczęli się podśmiechiwać szyderczo i jeden z nich dodał: „Nam też tak kiedyś mówili, że my tutaj na chwile i już minęło 2 lata. Nie płacą nam w ogóle, traktują nas jak śmieci, zdarzają się pobicia bez jakiejkolwiek przyczyny, tak żeby tylko nas zastraszyć”. Odparłem, że my serio na chwile, przecież wszystkie rzeczy mam w Gloucester, oni tak nie mogą robić z nami, co chcą. Znowu śmiech w przyczepie. Skorzystałem z toalety i wróciłem do vana.

Opowiedziałem wszystko koledze, który tak się wystraszył, że chciał pobiec do lasu. Odradziłem mu tego i poprosiłem, żeby ze mną tu poczekał. Minęło kilka godzin. Tyłki już nas bolały od siedzenia w samochodzie. W końcu zauważyliśmy, że nasze szefostwo idzie w naszym kierunku. Nie byli sami. Towarzyszyło im kilku starszych Cyganów. Podeszli do samochodu i poprosili, abyśmy wyszli i się przywitali. Znowu ogarnął nas lęk, lecz wyszliśmy.

Cyganie wypytywali się nas czy wszystko ok.? Czy jesteśmy „good workers”, czy lubimy tą pracę? Odparłem, że oczywiście, uczymy się nowych rzeczy i do tego dobrze zarabiamy. Cyganie oniemieli. Pytają „jak dobrze zarabiacie? To ile dostajecie? Powiedziałem, że bez względu na to ile godzin pracujemy to codziennie dostajemy po 60 funtów. Stary Michael zrobił się cały czerwony i widziałem jego fałszywy uśmiech, mówiący coś jakby: „jeszcze wam się dostanie za to”. Nie wiedziałem co robić i co mówić, żeby było dobrze. Po chwili wszyscy odeszli na stronę i dyskutowali o nas.

Kiedy nasze szefostwo wróciło do samochodu, my zrzuciliśmy gruz. Cyganie wykorzystywali do utwardzania drogi na terenie obozu. W taki sposób powoli budowali sobie prowizoryczną osadę. Ruszyliśmy w stronę Gloucester. Podczas podróży Stary Michael krzyczał na nas w te słowa: :”Co ja wam mówiłem, mordy na kłódkę! Nie mówić o mnie i mojej rodzinie oraz o pracy, którą wykonujecie”. Siedzieliśmy bez słowa do samego końca.

Po powrocie poszedłem do przyczepy Paddiego i opowiedziałem mu co zaszło w Gypsy Campie. Paddie zrobił wielkie oczy i z dziwnym tonem głosu powiedział „ Zawieźli was tam? Widzieliście obóz i wszystkie sprzęty? Tych ludzi? To bardzo źle! To bardzo nie dobrze. Skoro już zobaczyliście to całe gó… to znaczy, że wiecie bardzo dużo. Teraz nie pozwolą wam odejść. Wiecie za dużo. A tak przy okazji to stary się zdenerwował, ponieważ mało która cygańska rodzina tak dobrze traktuje swoich pracowników jak was. Oni wam płacą i to bardzo dobrze. Ja dostaje tylko 10 funtów dziennie żebym miał na alkohol i tytoń, a pracuję dla nich ponad 20 lat. Zobaczcie jak mnie traktują. Tak samo mają się Polacy pracujący dla Cyganów w tym obozie, co go widzieliście.

Też tam byłem i ich wszystkich poznałem. Przywozili ich grup-kami z parków czy z pod mostów. Nawet sobie nie wyobrażacie, co oni się tam za życie mają. Zadawajcie więcej pytań i mówcie wszystkim, wokoło co i dla kogo robicie to też tam traficie. Oni was traktują dobrze, bo jesteście młodzi, silni i mówicie po angielsku. Oni wiedzą, że jak byście chcieli to możecie narobić dużego szumu, lecz nie radzę wam. Zaufajcie mi i róbcie tak jak mówię”. Nie mogłem uwierzyć w to, co powiedział Paddie, a zwłaszcza w to, że już od nich nie odejdziemy. Mijały dni i tygodnie. Było spokojnie. Zdarzały się małe incydenty, ale nie wpłynęły na nasze życie u Gypsych. Naszedł ostatni dzień pracy w willi na terenie. Kładliśmy kostkę i stawialiśmy długi na 150 metrów mur. Właściciele posesji przyjechał z pracy. Wszedł do domu i zauważył, że Jerry jest w jego sypialni. Właściciel zdenerwował się i zaczął krzyczeć „Mówiłem wam, że możecie korzystać tylko z domku letniskowego. Jak tu wszedłeś? Co robisz w mojej sypialni”? Wszystko słyszeliśmy stojąc po oknem. Jerry tłumaczył, że bardzo podoba mu się ten dom i chciał go obejrzeć.

Tak jak wtedy, tak dziś jestem równie pewny, że przeszukał go dokładnie, by gwizdnąć coś drogocennego. Stary Michael widząc całe zamieszanie przeprosił właściciela domu za zachowanie syna i skarcił Jerrego na oczach właściciela domu. To jednak była taka reprymenda na niby. Skąd wniosek, że na niby? Dlatego, że po wejściu do ciężarówki wszyscy zaczęli się szyderczo śmiać. Stary tylko poinstruował syneczka, żeby następnym razem bardziej uważał i pouczył starszego syna, by mu zawsze pomagał. Takie akcje już mnie więc nie szokowały. Przyzwyczaiłem się.

Po pracy i tak szukałem innego zatrudnienia i wierzyłem, że już za niedługo od nich odejdę. Wracając tego dnia do domu znowu pojechaliśmy zrzucić gruz do Cygańskiego obozowiska. Tym razem trwało to bardzo szybko, lecz nie było już tak kolorowo. Stary Michael przedstawił swojej dalszej rodzinie mojego kolegę, który był – zdaniem naszego szefa - gorszym pracownikiem ode mnie i mówił nieco gorzej po angielsku. Wiedziałem, ze coś tu nie gra. Wypytywali się go o różne rzeczy, po czym stary Michael powiedział do niego „na kilka dni pojedziesz z tymi panami na zlecenie do Cornwall. Potrwa to maksymalnie dwa tygodnie”. Przekonywał go, że tam jest pięknie. Klify, plaże, morze i mnóstwo turystów oraz pięknych przyjezdnych kobiet.

Co mnie zszokowało to to, że mój kolega tak się na tę myśl ucieszył, że bardzo szybko się zgodził. Na nic zdały się moje argumenty, by mnie nie zostawiał samego z tymi ludźmi. Na drugi dzień mój kompan, który okazał się bezmyślnym półgłówkiem, wsiadł do vana z zupełnie obcymi dla niego ludźmi. Pomachał mi na do widzenia ręką i odjechał. Jedyny plus całej tej sytuacji było to, że miałem teraz do dyspozycji całą przyczepę i wieść mogłem nieco bardziej spokojne życie. Po kilku dniach zadzwonił telefon. To mój kolega postanowił wykręcić mój numer i podzielić się wrażeniami. Mówił, że jest tam ciężko z zasięgiem, a w pobliżu nie ma sklepów, ani też domów. Okolica zdaje się wyglądać jak kompletne odludzie. Na zlecenie muszą dojeżdżać kilkadziesiąt mil. Miejsce, w którym mieszka to kolejna prowizoryczna osada Cyganów. Nie dali mu przyczepy tylko zawieźli do Tesco, by sam sobie kupił namiot turystyczny i materac. Mówił także, że nie płacą mu w ogóle, ponieważ tak się dogadali ze starym Michaelem, że po jego powrocie do Gloucester ureguluje mu należną zapłatę.

Tyle dowiedziałem się z krótkiej rozmowy. Minęły dwa tygodnie, a kolega nie wracał. Pytając szefa co się z nim dzieje i kiedy wróci, nie mogłem uzyskać jasnej odpowiedzi. Słyszałem wciąż tylko te same wykręty. Kolegi telefon nie odpowiadał. Choć to był jego wybór, bardzo się martwiłem o jego losy. Co go napadło, by pojechać w nieznane z ludźmi pokroju kryminalistów?
 




Komentarze