Pracując dla Gypsy. Prawdziwa historia Polaka na wyspach - cz.5

Kolega, który opuścił mnie wyjeżdżając z Cyganami do Cornwalli wciąż nie wracał, ale przynajmniej dzwonił czasami. Na szczęście było u niego wszystko w porządku. Nawet zaczęli mu płacić. Jego pobyt w nieznanem przedłużał się w nieskończoność. Ja zaś w Gloucester z Cyganami oraz Paddiem i jego współlokatorem Leigh, wiedliśmy spokojne życie. Trwało to bez końca, lecz jak się okazało - do czasu.

Pewnego dnia dostaliśmy zlecenie położenia kostki brukowej wokół domu starszego wiekiem Anglika. Lało jak z cebra, co bardzo irytowało Paddiego i Leigh. Mimo deszczu musieliśmy pracować, aby wyrobić się we wcześniej ustalonym terminie. Tego dnia Jerry nie kupił obu moim współpracownikom żadnego alkoholu. To spotęgowało ich rozdrażnienie. Ręce im się trzęsły jak paralitykom, co było oczywiście przejawem choroby alkoholowej. Paddie ledwo chodził i nawet zagadywał właściciela domu o poczęstowanie go jakimkolwiek alkoholem.

Mnie osobiście też irytował ciągłym i nachalnym pytaniem mnie o to, czy nie kupiłbym im „czegoś”. Wiedzieli, że jako jedyny mam pieniądze. Oboje pokładali we mnie duże nadzieje. Niestety odmówiłem ze względu na dużą odległość do sklepu. Nie chciałem po prostu marnować czasu. Pragnąłem tylko skończyć to co mamy do zrobienia i pojechać do suchej, nagrzanej przyczepy. Ich alkoholizm już doprowadzał mnie do szału. Jak tu pracować z takimi ludźmi, którzy stoją, jęczą i rozglądają się za alkoholem. Już nawet zaczęli kłócić się między sobą.

Po chwili przyjechał Jerry i Michael. Chcieli sprawdzić jak nam idzie. Przywieźli też jedzenie. Paddie i Leigh wpadli w szał jak usłyszeli od Jerrego, że ten był zbyt zajęty, aby podjechać chociażby po puszkę cidera. Przekleństwa leciały przez cały dzień. Jerry i Michael mieli naprawdę niezły ubaw widząc dwóch roztrzęsionych alkoholików. Bracia ponownie gdzieś pojechali, a Paddie wpadł na idiotyczny pomysł. Zaczął mnie i Leigh namawiać, abyśmy uciekli i to jeszcze dzisiaj. Było to dla mnie bardzo dziwne z dwóch powodów.

Pierwszy to, że mówił to facet pracujący dla tej rodziny ponad 20 lat. Drugi powód to, że ten alkoholik naprawdę myślał, że mu zaufam i z nim ucieknę. Niezwykły optymista. Oczywiście odmówiłem i wróciłem do pracy na tyłach domu. Po godzinie potrzebowałem pomocy jednego z moich świetnych współpracowników, którzy powinni układać krawężnik z przodu domu. Okazało się, że oboje zniknęli. Przepadli gdzieś bez śladu. Pomyślałem sobie, że pewnie zdecydowali się iść pod jakiś sklep wyżebrać trochę grosza na alkohol. Po około 5 godzinach przyjechali bracia.

Od razu zauważyli nieobecność Paddiego i Leigh. Oboje zdenerwowani wsiedli w samochód i ruszyli z piskiem opon. Nie było ich kolejne kilka godzin, a ja międzyczasie skorzystałem z zaproszenia na kawę od właściciela domu. Przypadkiem nawet załapałem się na obiad. Bracia przyjechali po mnie bardzo późno. Było już około 21:00. Kazali mi pozbierać narzędzia i wsiąść do samochodu, w którym poza nimi nikogo nie było. Całą drogę do Gloucester oboje milczeli. Nie odpowiadali na moje pytania. Chciałem dowiedzieć się gdzie jest Paddie i Leigh? Na drugi dzień nie pojechaliśmy do pracy.

Stary Michael przyszedł do mojej przyczepy i pierwszy raz przemówił do mnie normalnym i ludzkim głosem. „Wiesz, Paddie i Leigh uciekli. Nie dlatego, że było im tu źle. Uciekli, bo alkohol tak im w głowach zamieszał, że biedaki nie wiedzą co robią…”. Pomyślałem sobie, że zbyt cudownie to ich nie traktowaliście, a zwłaszcza Paddiego – co mówiłem oczywiście w myślach nie wydając ani dźwięku. Cieszyło mnie jednak, że przynajmniej po kilku miesiącach pracy mój główny szef porozmawiał ze mną jak człowiek z człowiekiem. Po rozmowie zauważyłem, że jego synowie pakują vana.

Upychali do niego jakieś dziwne rzeczy. To co wrzucali do jego wnętrza zupełnie nie było potrzebne do układania kostki brukowej. Stary ponownie przemówił do mnie. „Słuchaj, zapomnij o tamtym zleceniu. Dokończy je mój brat ze swoja rodziną. Niestety, ale przez tydzień nie będziemy pracować. Będę ci jednak płacił połowę stawki za każdy dzień. Tylko ty mi nie uciekaj. Jerry z Michaelem wyjeżdżają na kilka dni. Jak wrócą to podejmiemy kolejne zlecenia”. Jego synkowie wybierali się na poszukiwania naszych „zaginionych”, lecz ich przygotowania wyglądały jak by się szykowali na ciężkie polowanie.

Dni mijały, a ja korzystałem z moich przymusowych wakacji. Niestety, ale samemu ciężko jest znaleźć sensowny pomysł na spędzenie takiej ilości wolnego czasu. Nudziło mi się strasznie i to już po 2 dniach wolnego. Ja sam, a na placu ani żywej duszy. Stary tylko czasami przeszedł w kapciach wyrzucić śmieci. Cały czas tak lało, że ciężko było szukać innej pracy. Na dłoniach miałem już odciski od grania w Playstation. Trzeciego dnia zadzwonił do mnie mój kolega z Cornwall. „Stary! Ale jaja, przywieźli mi tutaj Paddiego! Czujesz to? Tego, co mieszkał obok ciebie”.

Zapytałem od razu czy Leigh też przyjechał z nim? Niestety odpowiedział przecząco. Jak twierdzi mój kolega po rozmowie z Paddiem dowiedział się szczegółów dotyczących ich ucieczki. Jerry i Michael dosłownie przez przypadek znaleźli obu uciekinierów jak szli wzdłuż drogi. Było to gdzieś na obrzeżach Plymouth. 120 mil od Bristolu. Bracia uderzyli Paddiego mocno w głowę i zapakowali nieprzytomnego do vana. Leigh nie miał tyle szczęścia. Podobno pobili go do nieprzytomności i zepchnęli go do pobliskiego rowu. Podobno Paddie zwalił na Leigh, że to on właśnie namówił go do ucieczki.

Dlatego uniknął dotkliwego pobicia. Bracia stwierdzili, że skoro są już tak blisko Cornwall to wpadną do rodzinnego obozowiska przenocować. Paddiego trzymali całą noc w vanie. Nie pozwalali mu nawet skorzystać z toalety. Dopiero na drugi dzień mój kolega dostał zadanie będące wy-razem zainteresowania o jego los. Musiał posprzątać pakę vana znieczystości pozostawionych przez Paddiego, w których leżał ponad 12 godzin. Wszyscy, czyli Jerry, Michael, Paddie i mój kolega wrócili do Gloucester dwa dni później. Paddie, pierwsze co zrobił po wyjściu, a dosłownie po wytoczeniu się z samochodu - to przybiegł do mojej przyczepy błagając mnie, abym w razie jakichkolwiek pytań potwierdził, że to Leigh namawiał go do ucieczki.

Zgodziłem się, bo nawet stęskniłem się za tym alkoholikiem. Przynajmniej jedyny z całej tej cygańskiej rodziny umiał czytać. Miał nawet w przyczepie książki. Ukryte oczywiście gdzieś pod stertą puszek. Atmosfera na placu po powrocie „ekipy ratunkowej” była bardzo podniosła. Gypsy puszczali muzykę. Żona szefa naszykowała dużo jedzenia. Zjechała się dalsza rodzina. Wszy-scy mieli bardzo pozytywne humory. Oczywiście nas nie zaproszono, abyśmy spróbowali czegokolwiek. Pewnie bali się o to, co pomyśli dalsza rodzina, że my tak się z szefostwem spoufalamy.

Było to wówczas dla nas nieważne. Ja się cieszyłem, że kolega wrócił z Cornwalli, Paddie cieszył się, że żyje, a Cyganie cieszyli się, że tak szybko znaleźli Paddiego. Nawet przez kilka kolejnych dni mu nie dokuczali. Ponadto codziennie rano w vanie czekały na niego puszki cidra. Taka sielanka nie trwała zbyt długo. Powracająca szara rzeczywistość szybko pomogła zapomnieć o szczęściu spotkanym kilka dni wcześniej. Alkoholik znowu był maltretowany przez dwóch braci. Stary zaczął się wyżywać na mnie i koledze. Podczas pracy popisywał się przed braćmi i rodziną.

Lato dobiegało końca, a my znowu zaczęliśmy szukać innej roboty w okolicy. Cyganie jednak nie za-pomnieli tak do końca o ucieczce Paddiego. Wprowadzili nowe zas-ady bezpieczeństwa na ich tzw.: yardzie. Nie było można w tygodniu wracać na plac zbyt późno. Gdy wychodziliśmy na miasto to wypytywali się nas gdzie idziemy, po co tam idziemy i o której wrócimy? Raz wieczorem wybrałem się do pralni z plecakiem wypchanym brudnymi ciuchami. Stary myślał, że się wyprowadzam na raty i nie chciał pozwolić mi wyjść. Wywiązała się kłótnia pomiędzy nami.

Odpuścił dopiero, kiedy się go zapytałem czy oczekuje ode mnie, że nie będę się kąpał i prał swoich ciuchów jak Paddie oraz co klienci pomyślą widząc ekipę remontową złożoną z brudnych żuli? Pozwolił mi wyjść, lecz nie spał dopóki nie wróciłem i sprawdził później czy ciuchy w plecaku są wilgotne i czy to te samy, z którymi wyszedłem. Kolejne dni przyniosły nieoczekiwane zmiany. Złapaliśmy bardzo duże zlecenie. Udało mi się dzięki niemu uciec od Cyganów, którzy robili się coraz to bardziej bezczelni i agresywni w stosunku do nas.




Komentarze