Pracując dla Gypsy. Prawdziwa historia Polaka na wyspach - cz.6

Jak wspomniałem w poprzedniej części tej historii, kolejne zlecenie pozwoliło mi się w końcu uwolnić od rodziny Cyganów. Była to duża fucha w małej wiosce na obrzeżach Gloucester. Po dotarciu na miejsce przeprowadziliśmy nasze tradycyjne „oględziny” terenu, na którym mieliśmy pracować. Okazało się, że jest to stara farma, na której znajdowało się 15 potężnych szklarni, w których niegdyś uprawiano kwiaty.

Miejsce to kupiła firma zajmująca się składowaniem i sprzedażą uszkodzonych przyczep kempingowych. Właściciele tej firmy starali się przekształcić wszystkie szklarnie na hangary oraz chcieli byśmy wszystkie drogi i alejki na tym terenie wylali asfaltem. Biorąc pod uwagę rozmiary terenu wiedzieliśmy, że spędzimy tu dobrych kilka tygodni. Niestety, ale praca ta okazała się bardzo ciężkim wyzwaniem. Nigdy wcześniej nie pracowaliśmy przy wysypywaniu asfaltu. Po wyrównaniu terenu zaczęły nadjeżdżać ciężarówki z asfaltem. Tu zaczęły się schody. Nie spodziewaliśmy się, że rozgrzany asfalt będzie wysypywany prosto z paki do taczek, z którymi musieliśmy maszerować po kilkaset metrów, czyli tam gdzie ciężki sprzęt nie mógł wjechać. Było ciężko. Ręce nam wysiadały od trzymania tych taczek. Odór i ciepło, jakie się wydobywało z asfaltu po kilkunastu godzinach powalał nas na nogi. Do tego jeszcze stary Michael rżnął cwaniaka przed właścicielami firmy i tylko wciąż nas ponaglał i pośpieszał. Często też rzucał naszymi narzędziami.

Nawet potrafił podejść do kolegi, po to tylko by mocno go odepchnąć i wysypać mu całą taczkę na ziemię. Podczas takiej sytuacji wywiązała się kłótnia i szarpanina pomiędzy nami, a Cyganami. Z góry byliśmy na przegranej pozycji pod względem umiejętności bicia się i liczebności, ale postawiliśmy się z młotkami w rękach.

Całej sytuacji przyglądali się właściciele farmy i z niedowierzaniem kręcili głowami. Tylko dlatego, że oni patrzyli Cyganie odpuścili, ale po powrocie do domu zaczęła się jazda. Kolejna kłótnia i szarpanina. Dostałem w twarz trzy razy i to z taką prędkością, że kolega mnie uświadomił ile tych uderzeń było. Później siedziałem na ławce przy Bristol Road i cały zdenerwowany myślałem jak się wyrwać z tego miejsca. W tamtych czasach Polaków w Gloucester było stosunkowo niewielu.

Ci, których było można zauważyć w sobotę w centrum, to byli głównie pracownicy okolicznych farm, którzy raz w tygodniu przyjeżdżali na zakupy. Dlatego też z braku kontaktu z Polonią nie mieliśmy pojęcia o istnieniu agencji pracy, Job Centre i tym podobnych. Mimo tego, że dobrze mówiłem po angielsku i mijałem owe agencje na ulicy jakoś nie zwracałem na nie uwagi. Nie wiedziałem, że coś takiego w ogóle istnieje. Jedyną metodę poszukiwania pracy jaką znałem to zostawianie w firmach CV i wypełnianie aplikacji do takich miejsc jak McDonalds czy Tesco. Niestety, ale w 2004 roku w takim miejscu mogłem zarobić najwyżej 4,80 za godzinę. O wiele mniej niż zarabiałem do tej pory.

W ten wieczór miałem istną burzę w głowie. Nie mogłem spać w nocy. Rozmyślałem tylko o rozwiązaniu moich problemów. Nastał kolejny dzień w pracy przy wysypywaniu asfaltu. Cyganie pojechali gdzieś, nie informując nas po co jadą i za ile wrócą. Zawsze kiedy zostawaliśmy sami z kolegą, wykonywana praca była czystą przyjemnością.

Bez stresu, pół żartem, pół serio, ale zawsze rzetelnie i na czas. Wykorzystując nieobecność Cyganów, właściciele firmy podeszli do mnie i w bardzo uprzejmy sposób zapytali się mnie „mówisz świetnie po angielsku. Dlaczego pracujesz dla Gypsy? Widać jak się starasz i raczej na uznanie z ich strony nie masz co liczyć. Gypsy z natury oszukują i źle traktują swoich pracowników, dlatego uważnie się im przyglądamy i ich pilnujemy, co nie ukrywam jest bardzo trudne na tak dużym terenie”. Odpowiedziałem pytaniem na pytanie. „Dzięki, że chociaż wy doceniacie moją pracę, ale skoro nie lubicie Gypsy to dlaczego ich wynajęliście?”. Właściciel odpowiedział „wiesz chłopcze, zaczynamy nowy biznes i każdy grosz się dla nas liczy. Gypsy oferują tą samą robotę za pół ceny angielskich firm, tylko dlatego”.

Zainteresowani moją osobą rozmówcy zapytali mnie o narodowość. Odpowiedziałem oczywiście, że jestem Polakiem. Oboje bardzo się ucieszyli, poklepali po plecach i odeszli. Nie wiedziałem za bardzo co to miało być. Czy to jacyś geje i coś do mnie świrują, czy co?. Nawet zacząłem tęsknić za obecnością Cyganów, bo poczułem się niezbyt bezpiecznie.

Kolejny dzień. Jeden z właścicieli firmy podszedł do mnie i powiedział „Cześć, tak w ogóle to wczoraj nie przedstawiłem się. Jestem Richard i miło ciebie było poznać. Jestem pod wrażeniem jak ciężko pracujesz. Nie jeden Anglik, gdy jego szefostwo wyjeżdża dawno położyłby się na trawie, ucinając sobie drzemkę. Ty i Twój kolega, widzę że mimo niechęci do swojego szefa wykonujecie swoją pracę tak jak by to była wasza firma. Nie myślałeś o zmianie pracy? Chciałbym cię zatrudnić do uporządkowania terenu. Mamy mnóstwo, bardzo luksusowych przyczep kempingowych.

Możemy jedną specjalnie przygotować dla Ciebie. Wtedy mieszkałbyś na tym terenie i za to nie musiałbyś płacić rachunków. Mało tego My zapłacimy tobie ekstra za, że tak powiem stróżowanie. Praca 6 dni w tygodniu czyli 44 godziny. Co tydzień będziesz dostawał 350 funtów + bonus. Co ty na to?”.

Hmm co ja na to? Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Odpowiedziałem oczywiście twierdząco. Tylko nurtował mnie ich przemiły stosunek do mnie i to ich wczorajsze poklepanie mnie po plecach. Musiałem zapytać o to tylko nie wiedziałem jak, mimo to spróbowałem. „Richard, czemu wczoraj zapytaliście się mnie o narodowość i poklepaliście mnie z uśmiechem, ochoczo po plecach?”. Richard na to „podejrzewałem, że jesteście Polakami. Słyszałem wasze rozmowy i skojarzyłem. Jestem pół Brytyjczykiem i pół Polakiem. Mój ojciec Zygmunt, przyjechał tu po wojnie i ożenił się z moją matką Denis. Moja polska babcia Zofia wychowywała mnie w Bristolu do 8 roku życia. Ona mówiła tylko po polsku, więc dzięki temu nauczyłem się trochę języka. Mam na nazwisko Burczynski i jestem z tego dumny. Wiem też, że Polacy są wspaniałymi pracownikami i dlatego jestem pewien, że chcę mieć takiego pracownika jak ty”. Szał, szczęście i radość ogarnęła mnie w jednym momencie. Richard tylko prosił, żebym nie mówił Cyganom, że przechodzę pod jego skrzydła, ponieważ sam wie, co to są za ludzie i nie ukrywał, że nie chce mieć z nimi problemów. Dodał również, abym dokończył zlecenie z Cyganami i dopiero odszedł, ponieważ wiedzieliby, że ja tu pracuję.

Po chwili szczęścia przyszła chwila smutku. Pomyślałem o moim koledze i nawet o tym alkoholiku Paddiem, który zawsze starał się dać nam dobrą radę i nigdy, ale to nigdy nie był wobec nas fałszywy. Nawet mówił mojemu koledze prosto w oczy, że go nie lubi i żeby uszanował jego opinie. Mój kolega zaś zaskoczył mnie i to bardzo. Opowiedziałem mu jaką dostałem ofertę, a on na to „bierz ta robotę chłopie i nie patrz na mnie. Ja przecież cię zostawiłem, bo się podpaliłem plażami i pięknymi kobietami. I tak z tego nic nie wyszło. Z resztą myślałem, żeby wrócić do Polski tylko nie chciałem ci tego jeszcze mówić”.

Pomyślałem sobie, że w końcu po tylu miesiącach nadszedł ten dzień. Zlecenie trwało jeszcze dwa tygodnie. Przez ten cały czas byłem dosłownie głuchy na docinki Cyganów i ich stosunek do nas. W głowie miałem tylko nową pracę i spokojniejsze legalne życie wśród uczciwych ludzi. W ciągu tych ostatnich 14 dni pracy dla Cyganów jak tylko miałem wolną chwilę chodziłem po farmie i już kombinowałem co tu ulepszyć, co gdzie poprzestawiać, co odmalować itp. Nadszedł ostatni dzień pracy dla Cyganów i tu zaczął się stres.

Nie mogłem im powiedzieć, że zmieniam pracę, bo wywieźli by mnie do cygańskiej osady, albo jeszcze na dodatek pobili. Na szczęście Cyganie w ten dzień gdzieś pojechali. Więc mogłem powoli wynosić moje rzeczy, które chowałem w pobliskich zaroślach koło KFC na Bristol Road. Tam też pakowałem je w plecak i walizkę. Wszystkie rzeczy musiałem tak wynosić, aby nic nie było widać na kamerach, których było chyba ze sześć na placu. O wyprowadzce nikt nie wiedział oprócz mojego kolegi. Nawet Paddie nie był niczego świadomy.

Zrobiłem już ostatni kurs z moimi rzeczami i wróciłem tylko po rower i pożegnać się z kolegą. Richard miał zaraz podjechać po mnie na parking KFC. Wiedziałem, że za chwilę zacznie się zupełnie nowy rozdział mojego życia. Podałem rękę koledze, zamieniliśmy kilka ciepłych słów i wyjechałem z yardu tak jak bym jechał po fajki do sklepu. Mijając Paddiego przyczepę, ten wyszedł podał mi rękę i powiedział, że miło było mu mnie poznać i że będzie tęsknił. Ja mu na to, że ja nigdzie się nie wybieram tylko do sklepu. On zaś uśmiechnął się i powiedział „Może jestem alkoholikiem, ale nie jestem idiotą. Cały dzień się wyprowadzasz. Ja to widzę, ale muszę przyznać, że zrobiłeś to z taką perfekcją, że te tępaki się nie połapią. Życzę Ci dużo dobrego” – rzucił nie mniej dobrym słowem na koniec. To było bardzo miłe z jego strony.

Kolega w razie czego miał mówić, że chyba uciekłem czy coś, ponieważ zniknęły wszystkie moje rzeczy i nie odbieram telefonu. Miał też udawać rozgoryczonego, że go nie poinformowałem o ucieczce. Miał zabezpieczać tyły w razie czego. Pojechałem na rowerze na parking KFC, gdzie czekał już Richard. Zapakowaliśmy mój dobytek. Rower też. Odjechaliśmy. W drodze czułem się jakby mi kamień z serca spadł, że tych ludzi już nigdy nie zobaczę.

Niestety kolejne dni i tygodnie pokazały mi, że się myliłem, ale o tym w kolejnej części tej historii.




Komentarze