Pracując dla Gypsy. Prawdziwa historia Polaka na wyspach - cz.1

Angielscy i irlandzcy Cyganie to bardzo specyficzna i bardzo liczna grupa ludzi zamieszkująca Wyspy Brytyjskie. Specyficzna, ponieważ duża ich część prowadzi koczowniczy tryb życia przemierzając tysiące mil rocznie.

Jestem Polakiem i miałem okazję poznać ich i to bardzo dobrze. Mój pierwszy kontakt z Irlandzkimi Gypsy miał miejsce w Gloucester w południowo-zachodniej Anglii. Wraz z kolegą wracaliśmy z Tesco obładowani zakupami, gdy po chwili w pobliże nas podjechał młody mężczyzna o imieniu Jerry. Zapytał czy szukamy pracy?

Potrzebował rąk do pracy przy montowaniu płotów. Pierwsze, co przykuło moją uwagę to jego młody wiek. Miał około 18 lat, a jego nowiuteńkie Audi A4 oraz elegancki wygląd pochodziły rodem z lat 60-tych. Odparliśmy mu, że mamy pracę i nie szukamy innej.
Ten zaczął wypytywać się ile zarabiamy. Próbował nas przekonać, że zapłaci dwa razy tyle oraz, że da nam darmowe mieszkanie, DVD, telewizor, Play Station i czego tylko zapragniemy.

Wydało nam się to bardzo podejrzane, ponieważ nawet nie zapytał nas, jakie mamy kwalifikacje. Nie spytał nawet o to co potrafimy robić. Wzięliśmy jego numer telefonu i poszliśmy do domu.

To była długa noc. Wódka, ogórki i masa myśli odnośnie propozycji młodego człowieka. Stwierdziliśmy, że weźmiemy kilka dni wolnego i spróbujemy popracować dla tych ludzi. Na drugi dzień zadzwoniłem pod zapisany na ulicy numer telefonu. Przypomniałem swoją osobę i powiedziałem, że się zgadzamy i chcemy spróbować.

Podjechał po nas dosyć późno. Było już około 22:00. Zapakowaliśmy wszystkie graty. Nie było ich wiele. Pojechaliśmy na drugi koniec miasta. Wjechaliśmy na bardzo ekskluzywną posesję z pięknym domem i domkiem letniskowym. Podszedł do nas ojciec Jerrego. Dokładnie nam się przyglądał. On także był ubrany tak jakby grał w filmie z innego wieku. Był bardzo, ale to bardzo mocno wyperfumowany.

Zaczął nas wypytywać o imiona, o kraj pochodzenia. To co najbardziej mnie zdziwiło zapytał czy potrafimy czytać, pisać i liczyć. Odparliśmy, że jesteśmy Polakami i te wszystkie umiejętności mamy we krwi. Pomyślałem wówczas nad tym czy istnieje ktoś, kto nie potrafi pisać czy liczyć w tych czasach, ale widocznie tacy ludzie istnieją skoro pytał. Przedstawił nam się, jako Michael. Powiedział, że przed jego domem jest Bristol Road. To ulica, na której jest dużo sklepów i by tam przypadkiem nie kraść.

Zastrzegał, że nie chce koło siebie widzieć policji. Odparliśmy, że nie jesteśmy złodziejami i z tym nie będzie problemu. Pierwszą noc przespaliśmy się w ich vanie. Stwierdzili, że nie spodziewali się, że zdecydujemy się podąć pracę więc nic nie przyszykowali. Rano zrobili nam pobudkę i powiedzieli, że mamy kilka minut na przebranie i ogarnięcie się. Dowiedzieliśmy się, że za chwilę ruszamy do pracy.

Rozzłościło mnie to bardzo i powiedziałem, że dopóki nie dotrzymają słowa i nie dostaniemy mieszkania, czy chociażby pokoju to nigdzie nie jedziemy. Na te słowa odparli, że nasza strata, bo oni płaca dniówki i w ten dzień nie zarobimy. Powiedziałem, że do wieczora chcemy swój kąt.

Około godziny 15:00 na plac przed ich domem pojawił się ich van, w którym spaliśmy. Za nim doczepiona przyczepa kempingowa. Wysiadł z niej Jerry. Spytał czy takie coś może być? Sprawdziliśmy kemping od dołu do góry. Gdy stwierdziliśmy, że to bardzo ekskluzywna przyczepa, z prysznicem, telewizorem, ogrzewaniem, kuchnią i wbudowanym odtwarzaczem DVD i głośnikami – widać było, że myśleli o nas poważnie. Jedyny defekt przyczepy to zepsuty zamek w drzwiach wejściowych.

Zgodziliśmy się, po czym Jerry zawiózł przyczepę na tył posesji, gdzie ku naszemu zdumieniu stały już dwie przyczepy z ludźmi w środku, a wokoło nich mnóstwo sprzętu budowlanego. Dwie małe koparki i trzy spore ciężarówki. W jednej z przyczep mieszkał Paddi, człowiek bez zębów, alkoholik, wyglądający na 60 lat, a w rzeczywistości miał zaledwie 39. W drugiej przyczepie bardzo ekskluzywnej mieszkał starszy brat Jerrego z żoną i dziećmi.

Po zadomowieniu się w naszym nowym „domowym kącie” zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego oni wszyscy mają rudy kolor włosów? Czy to taka rodzina? Czy się farbują? Czy też może to jakaś nowa moda? Nieważne, w każdym bądź razie wszyscy byli rudzi. Nawet pies był rudy.

Kolejnego dnia z samego ranka, pojechaliśmy do pracy. Zlecenie było z Bristolu, gdzie dotarliśmy w ciągu godziny. Na miejscu okazało się, że to nie są żadne płoty czy ogrodzenia tylko praca przy układaniu kostki brukowej. Jerry widząc nasze miny poleciał gdzieś szybko i przyniósł dla nas angielskie śniadanie na wynos, chyba tak, aby nas udobruchać i żebyśmy nie kręcili nosem, że praca jest inna niż miała być.

Pierwszy dzień był bardzo ciężki. Miałem wtedy zaledwie 18 lat i ważyłem około 60 kilo, a musiałem pracować z ciężkim młotem pneumatycznym przez około 10 godzin. Mieliśmy oczywiście jakieś przerwy, ale one szybko mijały.
Pod koniec dnia, z kolegą, z którym pracowałem – a ten ledwo zipał, zastanawialiśmy się ile nam zapłacą?
 
Padło zdanie, że jeżeli za mało to zawijamy się z powrotem. Przyszedł Jerry z plikiem pieniędzy w ręce i zaczął wydzielać z kupki dla każdego. Poklepał nas po plecach i uśmiechnięty odszedł. Od razu sprawdziłem ile nam wręczył i okazało się, że na osobę przypada po 60 funtów. Było to wynagrodzenie bez podatku, bez płacenia czynszu i kosztów jedzenia. Wszystko fundowali nasi pracodawcy. To było bardzo dobrze jak na 2004 rok. Wkrótce okazało się, że może być tylko lepiej.

Zdarzało się, że kupowali nam papierosy i alkohol. Nie oczekiwali niczego w zamian. Do ciężkiej pracy przywykliśmy szybko. W kilka dni złapaliśmy rytm. Równie szybko, coraz więcej zaczęliśmy się dowiadywać o tej rodzinie.

Każdy tam nazywał się Jerry lub Michael oraz Kaitlin i Marry. Za każdym razem, gdy ktoś z ich dalszej rodziny przyjeżdżał w odwiedziny – to pozdrawiali się wymieniając te same imiona. Nie mieli żadnych, ale to żadnych znajomych czy przyjaciół z poza rodziny. Gdy młody Jerry próbował wymknąć się z domu do naszej przyczepy, żeby zagrać z nami na Play Station od razu był karcony przez ojca Michaela oraz jego brata, też Michaela. Między sobą mieli dużo konfliktów. Rozwiązywali je tylko i wyłącznie pięściami. Muszę przyznać, że to są urodzeni bokserzy. Szczupli tak, że nikt by nie pomyślał, iż tacy są zdolni komukolwiek zrobić krzywdę.

Któregoś dnia bracia Jerry i Michael mieli spór o samochód. To było Porsche Boxter. Pobili się na środku posesji. Tłukli się tak wytrwale, aż z ich twarzy polała się krew. Trwało to około godziny, a oni choć już ledwo machali rękoma – tak wytrwale zataczali się po placu próbując pokonać jeden drugiego. Niebywała wytrzymałość podczas walk jak i podczas ciężkiej pracy.

Innego razu na posesję wjechał czarny Mercedes, z którego wyszedł ogromnych rozmiarów mężczyzna. Miał na imię Steven. Z tego, co wiem to przyjechał po jakieś pieniądze. Wyglądał jak bramkarz z pod klubu. Był łysy i z karkiem, który zlewał się z plecami. Niefortunnie dla niego zaczął szydzić z młodego Michaela, a dokładnie z jego rudych włosów i długich pejsów. Michael mniejszy od niego o połowę nie wytrzymał w spokoju tych uwag. Powalił go trzema ciosami w twarz. Zrobił to tak szybko, że nawet nie widziałem momentu poszczególnych uderzeń. Pobitego Stevena zapakowali do vana. Podobno wysadzili go gdzieś pod pubem. Samochód jego zaś podobno odwieźli na parking pod Tesco.

Od tego momentu uświadomiliśmy sobie, jacy to ludzie i jak działają. Każdy następny dzień szokował nas coraz bardziej. Odkrywaliśmy w jaki sposób cała ich rodzina funkcjonowała i w jaki sposób mieli tyle pieniędzy oraz ilu ludziom weszli w drogę, by samemu zarobić, a czasem po prostu innym odebrać taką możliwość.
 
Przejdź do drugiej części tej historii - kliknij tutaj
 




Komentarze