Pracując dla Gypsy. Prawdziwa historia Polaka na wyspach - cz.2

Mijały dni i tygodnie upalnego lata 2004 roku. Zadomowiliśmy się na dobre na Gypsy yardzie. Praca przy kostce brukowej wychodziła nam coraz lepiej i wykonywaliśmy ją trzy razy szybciej niż na samym początku. Pracodawcy zadowoleni, pieniądze się zgadzały - tylko ciągle wisiała nad nami taka dziwna niepewność, że trzeba bardzo uważać na tych ludzi, a zwłaszcza na starego Michaela.

 
W międzyczasie cała rodzina, zainteresowała się nagle nami i naszą kulturą oraz naszym ojczystym krajem.

Podczas podróży od zlecenia do zlecenia Jerry i jego brat Michael zasypywali nas pytaniami iście głupimi. Czy w Polsce macie telewizję? Czy zanim przyjechaliśmy do UK zdarzyło nam się pić Coca Cole? Czy mamy więcej miast oprócz stolicy, czy tylko wsie? Jak sobie radzimy podczas całorocznej polarnej zimy? Czy kiedyś polowaliśmy na niedźwiedzia lub inne duże zwierze?

Początkowo myślałem, że cwaniaczki robią sobie z nas jaja, ale oni byli całkowicie poważni. Widać było, że ciekawi ich inna kultura i są bardzo chłonni wiedzy. Nawet cieszył nas widok jak z zainteresowaniem wsłuchiwali się w nasze opowieści. Niezwykle uzdolnieni manualnie ludzie uczący się bardzo szybko zupełnie nowych rzeczy. Młody Michael w ciągu dwóch miesięcy tak opanował język polski, że z powodzeniem poradziłby sobie w naszym kraju.

Pewnego dnia zapytałem ich czy tego wszystkiego o co pytali nie nauczyli ich w szkole? Poprosiłem też, by wytłumaczyli mi jak wygląda lekcja geografii w angielskiej lub irlandzkiej szkole. Ich odpowiedź mnie zszokowała. „My nigdy nie chodziliśmy do szkoły, Gypsy sami się uczą od swoich rodziców i rodziny. Nie korzystamy z przychodni czy szpitali, zawsze jest ktoś w rodzinie znający się na leczeniu”.

Kolejnego dnia jadąc ze starym Michaelem (ojcem Jerrego i Michaela) spotkała mnie wyjątkowo dziwna sytuacja. Michael poprosił mnie, bym przeczytał mu sms-a od klienta, bo on prowadzi. Powiedziałem ok, nie ma sprawy. Następnie jadąc autostradą M5 zapytał mnie, co tam pisze na znaku, bo on ma słaby wzrok i żebym mu dał znać jak będzie zjazd na Gloucester.

Jeszcze tego samego dnia po pracy do naszej przyczepy przyszła żona Michaela, Kettlyn. Trzymała w ręku kalendarz i prosiła nas abyśmy jej powiedzieli, który to będzie dzień miesiąca w przyszłą środę. „Ja sama nie mogę zobaczyć, bo mam bardzo słaby wzrok, a gdzieś zapodziałam okulary”. Wtedy już byłem pewny moich domysłów. Cała rodzina miała bardzo poważne problemy z pisaniem i czytaniem. Synowie Michaela, jak się uparli to coś tam przeczytali, ale i tak słabo. Szok – jak w tak rozwiniętym kraju można spotkać kogoś, kto nie potrafi takich podstawowych rzeczy i w jaki sposób udaje im się prowadzić firmę i mieć tyle kasy?
 
Z matematyką też byli na bakier. Zastanawiało mnie, dlaczego praktycznie codziennie na miejsce pracy zamawiali za dużo piasku czy gruzu, którego używaliśmy, jako podwalinę pod kostkę brukową. Były to bardzo duże ilości nadwyżek materiałów. Niejednokrotnie zdarzyło się, że zamówili o 3 tony piasku za dużo. Było to dla nas bardzo irytujące, ponieważ cały ten piach czy gruz to my musieliśmy łopatami załadować z powrotem na ciężarówkę, co zajmowało nam dużo czasu, podczas gdy już mogliśmy być w domu. Przyjrzałem się dokładnie, w jaki sposób, Gypsy obliczali ile powinni zamówić materiału. Na przykład długość i szerokość podjazdu wymierzali na kroki i stopy, często pomagając sobie deskami, na których zaznaczali markerem długość. Może to i skuteczna metoda. Nie byłem pewien, ponieważ dopiero poznawałem tą dziedzinę, ale na pewno nie w ich przypadku.
 
Kolejny ciężki dzień. Wracamy z Bristolu do Glucester autostradą M5. Zatrzymaliśmy się na jednym z serwisów, na parkingu dla ciężarówek i samochodów osobowych. Młody Michael wyszedł z vana i podszedł do jednej z ciężarówek próbując ją otworzyć. Nie widziałem dokładnie, co on tam robił, ponieważ ja też mam słaby wzrok, (ale czytać umiem). Po chwili na parking wjechał radiowóz i Michael uciekł do vana. Wraz z kolegą popatrzyliśmy się na siebie nie rozumiejąc, o co chodzi. Gypsy widzieli nasze za-niepokojenie i w trakcie drogi powrotnej zaczęli się tłumaczyć. „Inny wujek Jerry zostawił nam tutaj ciężarówkę do odebrania, ale niestety dał nam klucze nie do tego pojazdu” – mówił młody Jerry.

Mówiłem do kolegi „Bartek oni chcieli zajebać tą lorry, dla kogo my pracujemy? Jeszcze w coś nas władują! Musimy od nich odejść”. Jeszcze tego wieczoru na placu za domem zacząłem się przyglądać trzem zaparkowanym obok naszej przyczepy ciężarówkom. Znowu szok – wszystkie pojazdy miały zepsute drzwi od strony pasażera. Zamki były po prostu zepsute, wyłamane czy diabeł jeden wiedział, co jest z nimi nie tak. Oznaczało to tylko jedno. Wszystko, co znajdowało się na terenie tej posesji było kradzione. Uświadomiłem sobie również, dlaczego przywieźli nam taką super przyczepę, o której wspominałem w pierwszej części tej historii, także z zepsutym zamkiem. Nawet mała koparka miała wyłamany zamek. Wszystkie narzędzia, agregaty, przyczepki były kradzione. Dlatego stary Michael na samym początku mówił, żebyśmy nie sprawiali kłopotu, bo on tu nie chce widzieć żadnej policji.
 
Alkoholik Padie, zamieszkujący przyczepę obok zauważył nasze zainteresowanie i zawołał nas do siebie. Jego przyczepa śmierdziała żulem. Wszystko kleiło się i wszędzie leżały puste butelki po ciderze. Padie zapytał „Co się tak interesujecie? Stary Michael patrzył z okna na was, będziecie mieć problemy”. Odparłem, że „Co w tym złego? Nudzimy się, nie ma co robić”. Padie dodał, nie patrzcie, nie zaglądajcie i o nic nie pytajcie, a teraz już idźcie, bo i ja będę miał problemy.
 
Na drugi dzień zbieramy się do pracy. Stary Michael powiedział nam, że tym razem jedziemy na pace vana, gdzie nie było żadnych siedzeń, tylko narzędzia, piach, cement i resztki odciętej kostki brukowej. Zapytałem „Dlaczego? Przecież to jest niebezpieczne”. Michael skwitował, że od dziś po drodze będziemy zabierać nasze-go wujka, też Jerrego i w kabinie nie będzie miejsca. Pojechaliśmy, myśląc sobie w głowie, że po pracy zaczniemy szukać innego zatrudnienia, bo to wszystko posuwa się za daleko.
Podczas drogi rzucało nami po całej pace wraz z narzędziami typu piły, młotki kanistry z ropą. Czułem, że to jest kara za to, że przyglądaliśmy się kradzionemu sprzętowi.

Podczas pracy można było odczuć dużą zmianę nastawienia Michaela do nas samych. Rzucał narzędziami, krzyczał na nas, że źle pracujemy i takie tam mniejsze lub większe uszczypliwości. Miałem wrażenie jak by chciał nas zastraszyć. Pamiętam także, że stary Michael kazał nam zwracać się do niego przy klientach John. Nie chciał, aby jego klienci wiedzieli jak naprawdę się nazywa. Bardzo go to irytowało jak zapominaliśmy o tym wszystkim i nadal zwracaliśmy się do niego Michael.
 
Kolejne dni mijały, a my popołudniami bezskutecznie poszukiwaliśmy innej pracy. Robiło się coraz to bardziej niebezpiecznie. Młody Jerry, któregoś dnia oznajmił nam, że dzisiaj przywiozą nowego pracownika i że będzie mieszkał z Padiem w przyczepie. Padie zaś próbował zaprotestować, co skończyło się jego pobiciem we własnej przyczepie. Synowie Michaela „wjechali z kopem do jego karawanu tłukąc wszystko, co było w zasięgu ich rąk. Następnie przyszli do nas i z uśmiechem na twarzy zaczęli zagadywać czy wszystko w porządku? Czy coś potrzebujemy? Może nową grę na Play Station? Chcieli odwrócić naszą uwagę od zaistniałej wcześniej sytuacji i próbowali wzbudzić w nas zaufanie do nich, że my jesteśmy ok i nie mamy się, czego obawiać. Kilka godzin później Jerry przyszedł do nas i powiedział, że jego ojciec do 10 minut przywiezie nowego pracownika i żebyśmy go traktowali tak jak członka „naszej super rodzinki”. Faktycznie po chwili podjechał srebrny Volkswagen Sharan, a w środku tylko stary Michael. Dziwiliśmy się, co się stało z nowym pracownikiem? Stary wyszedł z samochodu i otworzył bagażnik, a w nim człowiek skulony jak mały piesek. Pomógł mu wysiąść i zaprowadził go do przyczepy Padiego.
 
Kolejna cześć już w następnym wydaniu gazety The Polish Telegraph lub w marcu na naszej stronie www.thepolishtelegraph.co.uk

Minąłeś pierwszą część tej historii? Nadal możesz ją przeczytać! Kliknij tutaj
 




Komentarze